9 września 2026 roku bliscy pożegnali Adriana Szymaniaka, którego widzowie poznali dzięki programowi „Ślub od pierwszego wejrzenia”. Mężczyzna miał zaledwie 39 lat. Przez wiele miesięcy jego historię śledziły tysiące osób, które z nadzieją obserwowały jego walkę z glejakiem IV stopnia. Kiedy nadeszła wiadomość o jego śmierci, wiele osób nie potrafiło pogodzić się z tym, że tak długa walka dobiegła końca.
Pogrzeb odbył się w Żołędowie i miał prywatny charakter. W uroczystości uczestniczyli przede wszystkim członkowie rodziny oraz najbliżsi przyjaciele Adriana. Zgodnie z wcześniejszymi apelami bliskich nie był to moment przeznaczony dla mediów. Rodzina chciała pożegnać go w spokoju i z godnością.
Adrian odszedł 5 września 2026 roku, po długiej walce z ciężką chorobą. Jego historia zaczęła się od diagnozy glejaka IV stopnia. Był to początek miesięcy pełnych nadziei, leczenia, kolejnych badań i prób znalezienia sposobu na zatrzymanie choroby.
W jego przypadku nie chodziło wyłącznie o walkę o zdrowie. W pewnym momencie cała rodzina musiała nauczyć się żyć z niepewnością, która towarzyszyła każdej kolejnej wiadomości ze szpitala.
Adrian nie był jednak w tej walce sam.
Jego żona Anita przez cały czas pozostawała przy nim. To właśnie ona informowała obserwujących o kolejnych etapach leczenia i prosiła o wsparcie, kiedy pojawiały się nowe potrzeby. Historia małżeństwa, które widzowie poznali w programie „Ślub od pierwszego wejrzenia”, z czasem przestała być telewizyjną opowieścią. Stała się historią prawdziwego życia, w którym przyszło im razem zmierzyć się z chorobą.
Wokół Adriana zgromadziła się również ogromna społeczność ludzi, którzy wcześniej nawet go nie znali.
Internauci wspierali go podczas leczenia, śledzili informacje o jego stanie i pomagali rodzinie. Zorganizowana została także zbiórka pieniędzy na terapię. W pewnym momencie zgromadzono na niej ogromną kwotę, co pokazywało, jak wiele osób chciało dać Adrianowi szansę na kolejne leczenie.
Nadzieja towarzyszyła jego bliskim niemal do samego końca.
Dlatego wiadomość o śmierci była dla wielu osób szczególnie trudna. Jeszcze niedawno pojawiały się kolejne informacje o leczeniu, a teraz pozostało już tylko pożegnanie.
Rodzina zdecydowała, że ceremonia będzie miała kameralny charakter.
9 września o godzinie 12 odbyła się uroczystość pogrzebowa. Wzięli w niej udział najbliżsi Adriana, a także osoby, które znały go prywatnie i towarzyszyły mu w różnych momentach życia.
Jedną z osób, która pojawiła się na pogrzebie, był radny Szczecina i człowiek związany ze środowiskiem Adriana.
Po uroczystości nie ukrywał emocji.
W rozmowie dotyczącej pożegnania przyznał, że trudno było mu powstrzymać łzy. Jednocześnie powiedział coś, co szczególnie zapadło w pamięć.
„Płakać mi się chce, ale on by tego nie chciał” — tak opisał swoje emocje.
Te słowa pokazują, jak zapamiętali Adriana ludzie, którzy znali go bliżej.
Nie jako człowieka, którego definiowała choroba.
Nie jako uczestnika programu telewizyjnego.
Ale jako osobę, która miała swoje plany, poczucie humoru, bliskich i marzenia dotyczące przyszłości.

Właśnie dlatego podczas ostatniego pożegnania najważniejsza była nie choroba, lecz pamięć o człowieku.
Adrian przez ostatnie miesiące życia musiał mierzyć się z sytuacjami, których wcześniej prawdopodobnie nie byłby w stanie sobie wyobrazić. Choroba ograniczała jego możliwości, wymagała leczenia i sprawiała, że zwykłe czynności stawały się coraz trudniejsze.
Jednocześnie bliscy starali się, aby jego życie nie zostało całkowicie podporządkowane diagnozie.
To było szczególnie ważne dla Anity.
Żona Adriana po jego śmierci zaapelowała o uszanowanie prywatności rodziny. Chciała, aby ostatnie pożegnanie przebiegło spokojnie i bez medialnego zamieszania. Wcześniej między nią a matką Adriana pojawił się również publiczny spór dotyczący między innymi miejsca pochówku i informacji o ostatniej woli zmarłego.
Anita stanowczo sprzeciwiała się także publikowaniu zdjęć Adriana ze szpitala. Podkreślała, że w ostatnim okresie życia znajdował się w bardzo trudnym stanie i że jego godność oraz prywatność powinny zostać zachowane.
Pogrzeb miał więc być przede wszystkim chwilą dla rodziny.
Bez kamer.
Bez publicznego komentowania każdego gestu.
Bez próby zamienienia ostatniego pożegnania w medialne wydarzenie.
Tak też się stało.
W Żołędowie pojawili się najbliżsi, którzy chcieli po raz ostatni być przy Adrianie. Uroczystość miała charakter wyznaniowy, z udziałem księdza.
Po ceremonii pozostał grób 39-latka i wspomnienia osób, które znały go z różnych etapów życia.
Dla części osób Adrian był przede wszystkim uczestnikiem „Ślubu od pierwszego wejrzenia”. Dla innych — mężem, synem, przyjacielem i człowiekiem, który przez wiele miesięcy walczył o każdy kolejny dzień.
Dla jego bliskich był po prostu Adrianem.
I właśnie dlatego słowa radnego Szczecina wybrzmiały tak mocno.
„Płakać mi się chce, ale on by tego nie chciał” — powiedział, wspominając zmarłego.
W jednym zdaniu zawarł emocje, których podczas takiego pożegnania nie da się ukryć. Z jednej strony był ogromny żal po stracie młodego człowieka. Z drugiej — świadomość, że Adrian prawdopodobnie chciałby, aby jego bliscy pamiętali go nie tylko przez pryzmat ostatnich miesięcy i ciężkiej choroby.
Dlatego ostatnie pożegnanie miało być nie tylko momentem smutku.
Było również chwilą wspominania jego życia.
Adrian odszedł zdecydowanie za wcześnie. Miał 39 lat, rodzinę, ludzi, którzy go kochali, i wiele rzeczy, które chciał jeszcze zrobić. Jego choroba sprawiła jednak, że plany musiały zostać podporządkowane walce o zdrowie.
Przez długi czas tysiące osób wierzyły, że ta historia będzie miała inne zakończenie.
Niestety, 5 września 2026 roku nadeszła wiadomość o jego śmierci. Kilka dni później najbliżsi zebrali się w Żołędowie, aby powiedzieć mu ostatnie „żegnaj”.
Najbardziej przejmujące pozostaje jednak to, że podczas ceremonii nie żegnano wyłącznie uczestnika popularnego programu.
Żegnano człowieka, którego życie dla wielu osób stało się symbolem walki, nadziei i ogromnej determinacji.
A słowa przyjaciela Adriana przypomniały, że za wszystkimi medialnymi informacjami, zbiórkami i doniesieniami o leczeniu był przede wszystkim człowiek, którego ktoś bardzo kochał i którego teraz bardzo brakuje.
Adrian Szymaniak spoczął w Żołędowie, w gronie najbliższych. Po długiej walce z chorobą jego rodzina mogła wreszcie pożegnać go w ciszy — tak, jak tego potrzebowała.