„Chcę jeszcze kiedyś stanąć na własnych nogach”. Wyznanie Moniki Kuszyńskiej kryje historię, która odmieniła całe jej życie

Przez lata była kojarzona przede wszystkim z muzyką, sceną i wyjątkowym głosem. Monika Kuszyńska miała przed sobą karierę, która dopiero zaczynała nabierać tempa. Wydawało się, że kolejne koncerty, nagrania i występy będą po prostu naturalną częścią jej życia.

Wtedy wydarzyło się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć.

Jedna podróż samochodem sprawiła, że dotychczasowe życie piosenkarki zostało nagle podzielone na dwie części. Na „przed” i „po”. Zamiast sceny pojawiły się szpitale, rehabilitacja, ból i długie miesiące walki o odzyskanie sprawności.

A jednak w jej historii najbardziej niezwykłe nie jest wyłącznie to, co się wydarzyło. Jeszcze bardziej poruszające jest to, jak Monika Kuszyńska próbowała sobie z tym wszystkim poradzić.

W 2015 roku, przed premierą swojej książki „Drugie życie”, artystka zdecydowała się opowiedzieć o doświadczeniach, o których wcześniej nie mówiła tak otwarcie. W rozmowie dla „Vivy!” wróciła do wydarzeń, które całkowicie zmieniły jej codzienność. Nie próbowała jednak przedstawiać siebie wyłącznie jako ofiary tragedii.

Wręcz przeciwnie.

W jej słowach było dużo refleksji, pytań i niepewności. Była też nadzieja, której — mimo upływu czasu — nie chciała się pozbyć.

Początek tej historii sięga 2006 roku. To właśnie wtedy doszło do tragicznego wypadku samochodowego, po którym życie młodej wokalistki zmieniło się nie do poznania. Samochód, którym podróżowali muzycy Varius Manx, rozbił się w drodze powrotnej do Łodzi z trasy koncertowej.

Za kierownicą siedział Robert Janson.

Dla Moniki Kuszyńskiej skutki wypadku okazały się dramatyczne. Rozpoczęła się długa droga przez kolejne szpitale i rehabilitację. Jak sama wspominała, po wypadku spędziła w szpitalu około pół roku bez przerwy — od końca maja do listopada. Później czekały ją kolejne pobyty i etapy leczenia.

Dla osoby przyzwyczajonej do życia na scenie musiała to być ogromna zmiana.

Nagle najprostsze rzeczy mogły wymagać pomocy innych. Codzienność, która wcześniej była czymś oczywistym, stała się wyzwaniem. Jednocześnie wciąż pozostawało pytanie, czy uda się kiedyś wrócić do sprawności sprzed wypadku.

Monika długo wierzyła, że tak właśnie będzie.

Nie chciała zakładać innego scenariusza. Nadzieja była dla niej czymś, czego musiała się trzymać, żeby przejść przez kolejne etapy rehabilitacji.

Co ciekawe, mimo tragedii nie pojawiła się w niej potrzeba szukania winnych.

Monika Kuszyńska wróciła na scenę

Można było przypuszczać, że tak dramatyczne doświadczenie wywoła gniew. Że pojawi się pytanie: dlaczego właśnie ja? Że będzie chciała obarczyć odpowiedzialnością osobę, która siedziała wtedy za kierownicą.

Tymczasem Kuszyńska mówiła o tym zupełnie inaczej.

Nie ukrywała, że mogła obwiniać innych, ale nie chciała żyć z nienawiścią i złością. Wierzyła, że pielęgnowanie takich emocji mogłoby ostatecznie zaszkodzić przede wszystkim jej samej.

To podejście nie oznaczało jednak, że wszystko było dla niej łatwe.

Wręcz przeciwnie.

W szpitalach spotykała ludzi przeżywających własne dramaty. Widziała smutek, rozpacz i cierpienie, ale również optymizm, wiarę oraz nadzieję. Z czasem próbowała więc spojrzeć na własną sytuację inaczej.

Zamiast nieustannie pytać, dlaczego spotkało to właśnie ją, zaczęła szukać sensu w tym, co się wydarzyło.

To był niezwykle trudny proces.

Jednocześnie największe zderzenie z rzeczywistością przyszło podczas jednego z pobytów w szpitalu w Bydgoszczy.

Monika przyjechała tam z ogromną nadzieją, że rehabilitacja pomoże jej ponownie stanąć na nogach. W jej głowie cel był bardzo konkretny. Chciała chodzić. Chciała wyjść ze szpitala o własnych siłach.

Wydawało jej się, że właśnie do tego prowadzi cała rehabilitacja.

Wtedy spotkała młodego rehabilitanta, który zadał jej proste pytanie: czego właściwie oczekuje po zajęciach?

Jej odpowiedź była oczywista.

Chciała chodzić.

To, co usłyszała chwilę później, miało jednak pozostać w jej pamięci na długo.

Rehabilitant zapytał, czy nie mogłaby określić bardziej realnego celu.

Dla Kuszyńskiej był to bardzo trudny moment. Poczuła złość i rozczarowanie. Wydawało jej się, że człowiek, który powinien pomagać jej odzyskać sprawność, sam nie wierzy w jej możliwości.

Przez pewien czas odrzucała tę sugestię.

Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że powrót do chodzenia może nie być tak prosty, jak sobie wyobrażała.

Ale rzeczywistość zaczęła powoli przebijać się przez nadzieję.

Kiedy jej pobyt w szpitalu dobiegał końca, zaczęła rozumieć, że droga będzie znacznie dłuższa i trudniejsza, niż początkowo sądziła.

To właśnie wtedy musiała zmierzyć się z czymś, czego wcześniej właściwie nie dopuszczała do świadomości.

Możliwe, że jej życie już nigdy nie będzie wyglądało tak jak przed wypadkiem.

I tutaj pojawia się najważniejsza część jej historii.

Kuszyńska nie zrezygnowała z marzenia o tym, że kiedyś jeszcze stanie na własnych nogach. Nadal wierzyła, że może się to wydarzyć. Jednocześnie zaczęła rozumieć, że jej szczęście nie może zależeć wyłącznie od jednego celu.

To była ogromna zmiana w jej myśleniu.

Wcześniej możliwość, że nigdy nie będzie chodzić, wydawała jej się czymś nie do zaakceptowania. Z czasem nauczyła się jednak patrzeć na swoją przyszłość inaczej.

I właśnie wtedy padły słowa, które najlepiej pokazują jej wewnętrzną przemianę.

Monika Kuszyńska przyznała, że wciąż ma nadzieję i wierzy, że pewnego dnia stanie na własnych nogach. Jednocześnie powiedziała, że jeśli tak się nie stanie, nie będzie już traktować tego jako końca świata.

To pozornie proste zdanie kryło w sobie lata cierpienia, rehabilitacji, rozczarowań i walki z własnymi ograniczeniami.

Jej „drugie życie” nie oznaczało więc wyłącznie próby powrotu do tego, co było wcześniej.

Oznaczało nauczenie się życia na nowo.

Monika Kuszyńska nie pozwoliła, aby jeden tragiczny dzień odebrał jej wszystko. Wróciła do muzyki, występowała, pisała o swoich doświadczeniach i zaczęła mówić o niepełnosprawności oraz akceptacji siebie.

Jej historia pokazuje, że czasami największym zwycięstwem nie jest odzyskanie dokładnie tego, co utraciliśmy.

Czasami zwycięstwem jest znalezienie w sobie siły, aby mimo wszystko iść dalej — nawet jeśli droga wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy.

Videos from internet