Dla wielu osób egzotyczne wakacje są spełnieniem marzeń. Błękitna woda, biały piasek, słońce, luksusowy domek tuż przy plaży i możliwość oderwania się od codzienności. Właśnie tak wyobrażamy sobie idealny urlop. Jednak Maryla Rodowicz przekonała się, że nawet najbardziej malownicze miejsce może w jednej chwili przestać przypominać raj.
Polska wokalistka przez lata miała okazję podróżować po świecie. Mogłoby się więc wydawać, że dalekie kierunki, tropikalne plaże i ciepłe morza są dla niej czymś zupełnie naturalnym. Tymczasem sama przyznała, że nigdy szczególnie nie przepadała za wyjazdami do ciepłych krajów.
Z czasem jej podejście do odpoczynku jeszcze bardziej się zmieniło.
Dziś znacznie bardziej ceni spokojne chwile we własnym ogrodzie niż wielogodzinną podróż na drugi koniec świata. I nie jest to przypadkowy wybór. Za tą decyzją kryje się wspomnienie wakacji, które miały być wyjątkowe, a bardzo szybko stały się doświadczeniem, o którym trudno zapomnieć.
Maryla Rodowicz w rozmowie z „Faktem” opowiadała, że najlepiej odpoczywa właśnie u siebie. Wspomniała również swoją mamę, która kiedyś patrzyła na taras i ogród artystki i mówiła, że nie rozumie, po co wyjeżdżać gdziekolwiek, skoro taki widok ma się na co dzień. Z czasem piosenkarka zaczęła patrzeć na to podobnie.
To ciekawe, bo jeszcze niedawno mogła wydawać się osobą, której dalekie podróże nie są obce. Tymczasem dziś, gdyby miała wybierać miejsce na odpoczynek, zdecydowanie bliżej jej do polskiej natury niż tropikalnych kurortów.
Najchętniej pojechałaby na Mazury.
Spokojny domek nad jeziorem, pomost, wędkowanie i cisza — właśnie taki obraz idealnego urlopu przedstawiała w rozmowie. Zamiast tłumów turystów, lotu przez pół świata i tropikalnego upału wybierałaby prostotę.
Nie zawsze jednak tak było.
Jedna z jej ostatnich dużych podróży zagranicznych prowadziła na Malediwy. Miejsce samo w sobie trudno uznać za mało atrakcyjne. Artystka wraz z ówczesnym mężem zatrzymała się w pięknym domku stojącym praktycznie przy plaży. Warunki wyglądały więc jak spełnienie marzeń o egzotycznym wypoczynku.
Domek miał nawet otwartą łazienkę wychodzącą na ogród, osłoniętą jedynie roślinnością.
Wszystko wskazywało na to, że będzie to niezapomniany urlop.
I rzeczywiście był niezapomniany.
Tyle że z zupełnie innego powodu.
Pierwsze chwile na Malediwach szybko uświadomiły Maryli, że piękna natura potrafi mieć również swoją niebezpieczną stronę. W pobliżu brzegu pojawiały się małe rekiny. W wodzie można było również zobaczyć duże, ciemne płaszczki, dlatego trzeba było bardzo uważać podczas chodzenia po płytkiej wodzie.
Dla wielu osób już sama obecność rekinów i płaszczek mogłaby być wystarczającym powodem, aby pozostać na brzegu.
Jednak najgorsze dopiero miało nadejść.
Maryla Rodowicz weszła do wody tylko raz.
Podczas tego pierwszego wejścia została poparzona przez meduzy. Jak później opowiadała, nikt wcześniej nie ostrzegł jej, że w tym okresie występują tam ławice meduz. Artystka wspominała, że chodziło o portugalskiego żeglarza — organizm morski, którego długie parzydełka mogą powodować bolesne poparzenia.
Sytuacja musiała być szczególnie nieprzyjemna, ponieważ początkowo nawet nie wiedziała, co właściwie ją otacza.
W wodzie miała wrażenie, jakby wpłynęła w długie włosy. Dopiero później zorientowała się, że to właśnie meduza i jej długie parzydełka.
To, co miało być pierwszym dniem beztroskiego wypoczynku, bardzo szybko zmieniło charakter.
Poparzenia okazały się na tyle dotkliwe, że Rodowicz przez kolejne dni nie mogła korzystać z morza. Zamiast pływać w turkusowej wodzie i cieszyć się tropikalnym krajobrazem, musiała spędzać czas w wynajętym domku.
Trudno o większy kontrast.
Z jednej strony — Malediwy, miejsce kojarzone z luksusem, pięknymi plażami i rajskimi widokami.
Z drugiej — artystka, która po pierwszym wejściu do wody musiała zrezygnować z kąpieli na resztę pobytu.
To właśnie dlatego wspomnienie tego wyjazdu pozostało w jej pamięci na długo.
Maryla Rodowicz nie ukrywała, że po tym doświadczeniu zaczęła zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście warto przemierzać pół świata tylko po to, aby odpocząć. Tym bardziej że w Polsce również można znaleźć miejsca, w których można cieszyć się naturą bez konieczności wielogodzinnego lotu.
I właśnie wtedy jej spojrzenie na wakacje zaczęło się zmieniać.
Nie oznaczało to oczywiście, że artystka przestała doceniać piękne miejsca. Chodziło raczej o coś zupełnie innego. Zaczęła bardziej cenić bezpieczeństwo, spokój i możliwość odpoczynku bez ciągłego zastanawiania się, co może wydarzyć się za chwilę.
Dziś egzotyczna plaża nie jest już dla niej synonimem idealnych wakacji.
Zamiast tego pojawia się obraz Mazur.
Domek.
Jezioro.
Pomost.
Wędka.
I przede wszystkim spokój.
To właśnie ten szczegół jest szczególnie ciekawy. Maryla Rodowicz nie marzyła o kolejnym luksusowym kurorcie. Gdyby mogła wybrać miejsce na kolejny wyjazd, wskazałaby raczej spokojny zakątek na Mazurach.
Może właśnie dlatego słowa jej mamy sprzed lat nabrały dla niej nowego znaczenia.
Kiedyś nie rozumiała, dlaczego ktoś może uważać jej własny ogród za lepsze miejsce niż egzotyczny kurort. Dziś sama doszła do podobnego wniosku.
I trudno się dziwić.
Po doświadczeniu na Malediwach tropikalna plaża mogła przestać kojarzyć się wyłącznie z odpoczynkiem.
Bo choć zdjęcia z takich miejsc wyglądają jak pocztówki, rzeczywistość potrafi być zupełnie inna.
Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że Maryla Rodowicz nie zapamiętała tego wyjazdu przede wszystkim przez luksusowy domek, piękne widoki czy błękitną wodę.
Zapamiętała go przez jeden moment.
Moment, kiedy po raz pierwszy weszła do morza.
I właśnie wtedy wymarzone wakacje zaczęły zamieniać się w koszmar.
Rekiny i płaszczki pojawiające się przy brzegu były tylko początkiem. Najgorsze okazały się meduzy, których obecności nikt wcześniej jej nie zapowiedział. Po bolesnym spotkaniu z nimi artystka już nie wróciła do wody podczas tego wyjazdu.
To właśnie dlatego dziś, zamiast marzyć o Zanzibarze, Tulum czy kolejnych rajskich wyspach, znacznie chętniej wybrałaby spokojne Mazury.
Jej historia pokazuje, że czasami miejsce, które na zdjęciach wygląda jak raj, w rzeczywistości może przynieść zupełnie inne wspomnienia.
A czasem prawdziwy odpoczynek znajduje się znacznie bliżej domu.
W przypadku Maryli Rodowicz może to być po prostu ogród, jezioro, mały domek i pomost.
Bez rekinów.
Bez płaszczek.
I — przede wszystkim — bez meduz.
