Bałtyk potrafi wyglądać spokojnie i niemal zachęcająco. Z brzegu trudno jednak wyobrazić sobie, jak ogromną siłę może mieć morze, kiedy człowiek zostaje z nim sam na sam. Dla Bartłomieja Kubkowskiego nie był to zwykły akwen. Był miejscem, które znał od dzieciństwa, wielkim marzeniem i jednocześnie przeciwnikiem, którego nie da się pokonać samą siłą mięśni.
Kiedy 8 sierpnia 2022 roku ruszał z Kołobrzegu w kierunku Szwecji, miał przed sobą 170 kilometrów otwartego morza. Plan był niezwykle ambitny: spędzić około 60 godzin w wodzie i jako pierwszy człowiek na świecie przepłynąć Bałtyk wpław. Przez wiele miesięcy podporządkowywał temu niemal całe swoje życie. Trenował nawet sześć godzin dziennie, a w ciągu miesiąca potrafił przepłynąć około 400 kilometrów. Do tego dochodziły treningi siłowe i przygotowanie na lądzie.
Nie był jednak człowiekiem, który przypadkowo postanowił zmierzyć się z takim wyzwaniem. Z wodą związany był praktycznie od zawsze. Pochodzi z Giżycka, gdzie jako dziecko miał kontakt z jeziorami Mazur. To właśnie tam zaczęła się jego fascynacja pływaniem. Co ciekawe, kiedy miał zaledwie cztery lata, pływać w Bałtyku uczył go dziadek. Wtedy nikt nie mógł przypuszczać, że wiele lat później ten sam Bałtyk stanie się dla niego największym sportowym wyzwaniem życia.
W wieku 16 lat Kubkowski przeniósł się do Wrocławia, aby móc dalej rozwijać swoje umiejętności. Uczył się w Szkole Mistrzostwa Sportowego i trenował w sekcji Śląska. To właśnie we Wrocławiu spędził cztery lata, które wspominał później jako jeden z najlepszych okresów swojego życia.
Pływanie szybko przestało być dla niego wyłącznie sportem. Stało się sposobem na życie. Bartłomiej Kubkowski zdobył dziesiątki medali mistrzostw Polski na basenie i wodach otwartych, a z czasem coraz bardziej interesowały go ekstremalnie długie dystanse.
Bałtyk był jednak czymś zupełnie innym.
W przypadku takiej próby nie wystarcza doskonała kondycja. Liczy się temperatura wody, wiatr, fale, prądy, zmęczenie, możliwość regeneracji oraz psychika. Człowiek może przygotować się na wiele scenariuszy, ale nie jest w stanie rozkazać morzu, aby zachowywało się zgodnie z planem.
Kubkowski wiedział o tym doskonale. Mimo wszystko zdecydował się spróbować.
Przygotowania trwały miesiącami. Każdy kolejny trening miał przybliżać go do momentu, w którym wypłynie z polskiego brzegu i przez kilkadziesiąt godzin będzie posuwał się w stronę Szwecji. Wspierali go bliscy, dziewczyna i sponsorzy. W grę wchodziły nie tylko pieniądze i ogromny wysiłek fizyczny, ale również odpowiedzialność całego zespołu.
Wreszcie nadszedł dzień próby.
8 sierpnia chwilę po godzinie 8 rano Bartłomiej Kubkowski wszedł do wody w Kołobrzegu. Przed nim znajdowało się 170 kilometrów. Za nim pozostały miesiące wyrzeczeń i treningów.
Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem. Pływak konsekwentnie pokonywał kolejne kilometry. Woda nie była już wtedy miejscem treningu. Stała się całym jego światem. Każdy ruch ręki, każdy oddech i każda minuta miały znaczenie.
Czas płynął, a Kubkowski nie przestawał.
Po kilku godzinach zmęczenie musiało być ogromne. Mimo to płynął dalej. Nie miał luksusu odpoczynku w łóżku czy normalnego posiłku. Jego ciało przez cały czas pozostawało w wodzie, a każdy kolejny kilometr kosztował coraz więcej.
Minęła pierwsza doba.
Potem kolejna część nocy.
Zamiast myśleć o całym dystansie, trzeba było skupiać się na następnym ruchu, kolejnym oddechu i kolejnym kilometrze. Cel pozostawał jeden: Szwecja.
I wtedy pojawił się problem, którego nie można było rozwiązać dodatkowym treningiem.
Prądy morskie zaczęły działać przeciwko niemu.
Kubkowski płynął, ale jego pozycja względem celu praktycznie się nie zmieniała. To właśnie w tym momencie okazało się, jak bezwzględny może być Bałtyk. Pływak wykonywał ogromną pracę, zużywał energię, pokonywał własne zmęczenie, a jednocześnie morze niemal odbierało mu każdy kolejny metr.
Po 32 godzinach i 30 minutach miał za sobą 115 kilometrów. Był to najdłuższy dystans przepłynięty w historii Bałtyku. Jednak do Szwecji wciąż pozostawało 55 kilometrów.
Najtrudniejsze było coś jeszcze.
Przez około cztery godziny praktycznie nie posuwał się do przodu.
Można sobie tylko wyobrazić, co musiało dziać się wtedy w jego głowie. Człowiek przygotowuje się przez rok, spędza setki godzin na treningach, wchodzi do lodowatej wody i płynie przez ponad dobę. W końcu ma za sobą 115 kilometrów. A mimo to cel pozostaje daleko.
Szwecja była już symbolem zwycięstwa, ale morze nie pozwalało mu się do niej zbliżyć.
Decyzja, która nastąpiła później, była jedną z najtrudniejszych w jego życiu. Kubkowski wraz z zespołem musiał zdecydować, czy kontynuowanie próby ma jeszcze sens. Ambicja podpowiadała, żeby płynąć dalej. Rozsądek mówił coś zupełnie innego.
Ostatecznie wycofał się.
Nie była to decyzja łatwa. Towarzyszyły jej łzy i ogromne rozczarowanie. Przecież przez cały czas miał przed oczami szwedzki ląd. Chciał dotrzeć do celu za wszelką cenę. Jednak w pewnym momencie trzeba było zaakceptować fakt, że człowiek nie jest silniejszy od żywiołu.
Co ciekawe, porażka nie zakończyła tej historii.
Wręcz przeciwnie.
Kubkowski bardzo szybko zaczął myśleć o kolejnej próbie. Początkowe rozczarowanie minęło, a 115 kilometrów stało się dla niego dowodem, że jego plan jest możliwy do zrealizowania. Nie dopłynął do Szwecji, ale ustanowił najdłuższy dystans przepłynięty w historii Bałtyku.
W tej historii jest jeszcze jeden niezwykle ważny element. Próba nie była wyłącznie sportowym wyczynem.
Kubkowski wykorzystał ją również do pomocy innym. W czasie przedsięwzięcia udało się zebrać prawie 100 tysięcy złotych dla Fundacji Cancer Fighters. Dla pływaka właśnie ten aspekt całego wydarzenia miał szczególne znaczenie.
Dlatego 55 kilometrów, których zabrakło, nie oznaczało końca.
Kilka dni po nieudanej próbie można było odnieść wrażenie, że człowiek po takiej walce potrzebuje przede wszystkim odpoczynku. Kubkowski miał jednak zupełnie inne podejście. Już wtedy zapowiadał, że wróci nad Bałtyk i spróbuje jeszcze raz.
Rok później rzeczywiście ponownie podjął wyzwanie. W sierpniu 2023 roku znów miał ruszyć w kierunku Szwecji. Wtedy przypominano jego poprzednią próbę i fakt, że zabrakło mu dokładnie 55 kilometrów.
Historia nie skończyła się jednak również wtedy.
Dziś wiadomo, że projekt Ultra Baltic Swim był kontynuowany przez kolejne lata. Oficjalna strona przedsięwzięcia przedstawia 2026 rok jako piątą próbę przepłynięcia Bałtyku. Kubkowski określa ją jako swoją ostatnią próbę i podkreśla, że poświęcił projektowi ostatnie pięć lat życia.
I właśnie tutaj kryje się najbardziej niezwykła część tej historii.
W 2022 roku mogło się wydawać, że wszystko zakończyło się porażką. Pływak przepłynął 115 kilometrów, ale nie dotarł do Szwecji. Zabrakło mu 55 kilometrów. Dla wielu osób byłby to moment, w którym należałoby powiedzieć: „To się nie udało”.
Bartłomiej Kubkowski potraktował to jednak inaczej.
Nieudana próba nauczyła go pokory, ale jednocześnie dała mu coś, czego nie zapewniłby żaden trening — doświadczenie zdobyte w prawdziwej walce z Bałtykiem. Sam przyznawał, że być może dobrze się stało, iż nie osiągnął celu za pierwszym razem. Dzięki temu zrozumiał, że nie wszystko musi wydarzyć się natychmiast.
I właśnie dlatego te brakujące 55 kilometrów stało się nie symbolem końca, lecz początkiem kolejnego etapu.
Bo czasami największa historia nie zaczyna się w momencie zwycięstwa.
Zaczyna się wtedy, gdy człowiek po 32 godzinach walki wychodzi z wody, patrzy w stronę celu, wie, że nie dał rady go osiągnąć — i mimo wszystko postanawia wrócić.
W przypadku Kubkowskiego właśnie to wydarzyło się nad Bałtykiem. Morze zatrzymało go w 2022 roku, ale nie odebrało mu marzenia. A 55 kilometrów, które wtedy pozostały do Szwecji, przez kolejne lata stało się odległością przypominającą mu, jak blisko był czegoś, co wcześniej wydawało się niemal niemożliwe.