Dawno temu, zanim Rafalala stała się jedną z najbardziej kontrowersyjnych i głośnych postaci polskiego internetu, zanim zaczęła prowokować na ulicach, bić się z przechodniami i płakać na live’ach o nienawiści, istniała zupełnie inna wersja tej osoby. Blog „Art Pride” z lipca 2010 roku, który niedawno znowu obiegł sieć, pokazuje ją w zupełnie innym świetle – delikatną, artystyczną, pełną marzeń o akceptacji i pięknie. To nie jest historia agresji i konfliktów, tylko szczere wyznania młodego człowieka, który szukał siebie w świecie, który jeszcze go nie rozumiał.
Wpis zaczyna się od prostego zdjęcia – Rafalala (wtedy jeszcze pod innym pseudonimem lub nawet prawdziwym imieniem) w delikatnym makijażu, z długimi sztucznymi rzęsami, w kobiecej sukience, pozująca przed lustrem. Uśmiech nieśmiały, oczy pełne nadziei. Tekst pod spodem to prawdziwe wyznanie: o tym, jak od dziecka czuł się inny, jak bał się spojrzeń w szkole, jak pierwsze próby makijażu były robione po kryjomu w łazience, jak pierwsze wyjście „na miasto” w damskim stroju skończyło się płaczem w domu, bo ktoś krzyknął za nim obraźliwe słowa.
„Chcę być sobą, ale świat mi na to nie pozwala. Maluję usta, zakładam sukienkę i czuję się wreszcie prawdziwy. Ale na ulicy słyszę śmiech, wyzwiska, groźby. Dlaczego nie mogę po prostu być?” – pisał wtedy. Opisywał pierwsze występy dragowe w małych klubach undergroundowych, gdzie czuł się akceptowany, pierwsze pocałunki z chłopakiem, który mówił „jesteś piękna taka, jaka jesteś”. Były tam też zdjęcia z tamtych czasów – czarno-białe, artystyczne, z filtrem vintage: Rafalala na scenie w peruce i szpilkach, pozująca z przyjaciółmi z branży, tuląca się do kogoś w ciemnym korytarzu klubu.
Blog pełen był cytatów z RuPaul, Lady Gagi, tekstów o akceptacji, o tym, że drag to sztuka, to wolność, to sposób na powiedzenie światu „jestem i mam prawo istnieć”. Pisał o marzeniach – o wielkiej scenie, o własnej kolekcji ubrań, o tym, żeby kiedyś móc wyjść na ulicę w pełnym makijażu i nie bać się niczego. „Kiedyś będę na tyle silny, że nikt mnie nie złamie” – kończył jeden z dłuższych wpisów.
Minęło 15 lat. Ten sam człowiek dziś jest kimś zupełnie innym – głośnym, agresywnym, często w konflikcie z prawem i ludźmi. Nagrania z bójek, siniaki na twarzy, live’y z płaczem, groźby w obie strony. Ale kiedy ktoś odkopał ten stary blog i wrzucił screeny do sieci, internet na chwilę zamilkł. Ludzie zaczęli pisać: „To ta sama osoba?”, „Co się stało po drodze?”, „Może to wszystko dlatego, że świat go złamał, zanim on zdążył się obronić”.
Rafalala na razie nie komentuje powrotu starego bloga. Ostatnio wrzuciła tylko stories z czarno-białym zdjęciem siebie sprzed lat i podpisem: „Kiedyś byłam taka delikatna…”. Siniak pod okiem wciąż żółknie, a oczy na starym zdjęciu są pełne nadziei. Może właśnie ta nadzieja gdzieś się zgubiła po drodze – w hejcie, w przemocy, w samotności, w ciągłej walce o to, żeby być zauważonym.

Cała ta historia pokazuje, jak bardzo człowiek może się zmienić pod wpływem lat nienawiści, odrzucenia i walki o akceptację. Tamten chłopak z bloga z 2010 roku marzył o wolności i pięknie. Dzisiejsza Rafalala walczy o przetrwanie – czasem pięściami, czasem łzami. A my wszyscy patrzymy i zastanawiamy się: co by było, gdyby świat w 2010 roku powiedział mu „jesteś piękny taki, jaki jesteś”? Może wtedy nie musiałaby dziś kopać i być kopaną.