Matka Tomasza Komendy, kobieta, która przez osiemnaście lat walczyła o sprawiedliwość dla syna, dziś sama stała się bohaterką dramatycznej sceny w sądzie. Podczas kolejnej rozprawy w sprawie spadkowej po śmierci Tomasza – tej, która ma rozstrzygnąć, kto przejmie miliony z odszkodowania i majątek – atmosfera stała się nie do zniesienia. W pewnym momencie starsza pani nie wytrzymała napięcia, wstała gwałtownie, krzyknęła coś, co wstrząsnęło wszystkimi obecnymi, i wybiegła z sali rozpraw, trzaskając drzwiami. To, co działo się w środku, opisują świadkowie jako prawdziwy wybuch emocji, łez i wzajemnych oskarżeń.
Sprawa spadkowa po Tomaszu Komendzie ciągnie się już długo i z każdym posiedzeniem robi się coraz bardziej bolesna. Chodzi o ponad 12 milionów złotych odszkodowania od Skarbu Państwa, kilka nieruchomości, oszczędności i inne aktywa, które Tomasz dostał po wyjściu na wolność. Syn Tomasza twierdzi, że ojciec chciał, by całość lub większość trafiła właśnie do niego – jako do osoby, która była przy nim w najtrudniejszych chwilach po wyjściu z więzienia, podczas choroby i rehabilitacji. Z kolei matka Tomasza i inni członkowie rodziny argumentują, że opiekowali się nim przez lata, że to oni ponosili największy ciężar emocjonalny i finansowy w czasie, gdy Tomasz siedział niewinny za kratkami.
Na tej rozprawie miało dojść do odczytania zeznań świadków i analizy dokumentów. Atmosfera była napięta od samego początku – strony wymieniały się ostrymi spojrzeniami, adwokaci podnosili głos, sędzia kilkukrotnie prosił o spokój. W pewnym momencie matka Tomasza, słysząc kolejne słowa syna lub jego pełnomocnika, nie wytrzymała. Według relacji osób obecnych na sali wstała nagle, krzyknęła coś w stylu „To kłamstwo! On nigdy by tak nie powiedział!”, a potem ruszyła w stronę wyjścia, szlochając i powtarzając „Dość tego! Dość!”. Drzwi sali zatrzasnęły się za nią z hukiem, a na sali zapadła grobowa cisza.

Sędzia zarządził krótką przerwę, podczas której wszyscy próbowali ochłonąć. Matka wróciła po kilkunastu minutach – blada, z zaczerwienionymi oczami, ale już spokojniejsza. Adwokat rodziny tłumaczył później, że to był moment załamania – kobieta, która przez dekady znosiła najgorsze upokorzenia, plotki, medialny hejt i ból po stracie syna, po prostu nie dała rady słuchać, jak jej relacje z Tomaszem są kwestionowane w tak brutalny sposób.
Syn Tomasza nie skomentował incydentu publicznie, ale jego bliscy mówią, że on też przeżywa to bardzo ciężko – nie chce ranić matki, ale jednocześnie walczy o to, co uważa za wolę ojca. Sprawa jest na tyle skomplikowana, że sąd musi przesłuchać jeszcze kilku świadków, sprawdzić ewentualny testament (jeśli istnieje) i przeanalizować wszystkie przelewy, darowizny i nakłady finansowe z ostatnich lat życia Tomasza.
Dla wielu Polaków ta scena w sądzie to symbol czegoś większego – tego, jak śmierć człowieka, który stał się ikoną walki o sprawiedliwość, zamiast jednoczyć rodzinę, rozdziera ją na strzępy. Matka Tomasza Komendy, która kiedyś była w mediach symbolem niezłomności i matczynej miłości, teraz stała się też symbolem bólu, który nie mija nawet po latach. Wybiegła z krzykiem, bo nie mogła dłużej słuchać – i trudno jej się dziwić.
Cała Polska patrzy na tę sprawę z mieszanką współczucia, złości i smutku. Bo jeśli nawet po takim życiu, po takiej krzywdzie, rodzina nie potrafi się dogadać o pieniądze – to co pozostaje? Spokój, którego Tomasz nigdy nie miał za życia, a na który zasługiwał najbardziej na świecie. Sąd ma wydać decyzję w najbliższych miesiącach, ale niezależnie od wyroku rany w tej rodzinie będą się goić bardzo długo.